auslander blog

Twój nowy blog

No to wróciłam do normalnego trybu. Od poniedziałku śmigam do pracy. Nie jest źle. Wczoraj jeszcze troszkę mnie głowa bolała, ale już jest naprawdę spoko. W sobotę dostaliśmy małą paczkę z Polski, podaną przez moich rodziców, a przywiezioną przez ich znajomych. Znalazły się tam pysznę wędlinki polskie, kiełbaski i prince polo! :) Ależ dobrze smakuje prince polo! :D mniami. Teraz wiem co przyczyniło się do 2 kg więcej na wadze. Hmmm, ale nie tylko polskie słodycze – niemieckie też. To jest właśnie bilans przeprowadzki z Polski do Niemiec – 2 kg ciała więcej … Dobrze, że mam osobę, która też kocha te 2 kg więcej :D Naprawdę pozytywne uczucie! A na weekend planuejmy sobie wybarać się poza Heilbronn. Ale na razie jeszcze nic nie jest pewne więc nie zapeszam.

Zmartwienia?

1 komentarz

Martwie się o to jak nam się żyje… O to jak pójdzie mi na kursie, jak to będzie, gdy nie będę już do pracy chodzić więc nasz dochód spadnie, jak pójdzie napisanie pracy Łukaszowi, jak jego egzaminy czy zdał wszystkie, martwie się też tym, że nadal się źle czuje po tym usunięciu i nie chodzę do pracy (znaczy się dziś rano poszłam – nie za dobrze mi to wyszło) … Mnóstwo zmartiweń. Ale Łukasz ciągle mnie magluje i powtarza, że będzie dobrze. I w końcu dałam sobie trochę luzu i pozytywnego myślenia. Na razie Łukasz pracuje na cały etat przez następne 2 miesiące, więc zarobi tyle, żeby wystarczyło, nawet gdybym od dzisiaj nie pracowała. Potem będziemy się martwić co dalej. Na razie jest w porządku. Muszę się nauczyć „nie martwienia” się na za pas … a co będzie jak … a co będzie jeśli … Muszę zmienić moje nastawienie na tu i teraz. Jest dobrze. Więc nie zamartwiam się na przyszłość. (bynejmniej próbuję :)

Hmmm.. i zaczęło boleć. Tylko dlaczego dopiero teraz. A może nie teraz a wczoraj wieczorem. Ale od początku. W sobotę dobrze się czułam i pojechaliśmy posiedzieć na działce, bo o dziwo pojawiło się na trochę słońce. Jak się położyliśmy na kocu to byłam aż zdziwiona, że tak smaży to słonko. Ale jakieś pół godziny później były już na przemina chmury i słonko. Ale i tak przyjemne 3 godziny tam spędziliśmy. Zrobiliśmy sobie zer z grilla, do tego wcięliśmy sałatkę kartoflaną (przysmak niemców – nie wiem dlaczego, bo to same kartofle, ciut cebuli, octu i oleju…) i sałatkę z kapuchy. Wieczór był leniwy i fajny :) W niedziele poszłam do kościółka – oczywiście niemieckiego. Potem zjędliśmy obiad i wybraliśmy się na lody. Mamy taką super lodziarnie, gdzie dają ogromne gałki (w Polsce to chyba z 2,5 albo 3 gałki musiałabym kupić, żeby otrzymać taką ilość jak tu za jedną). A smak …. Mniam. Po wystaniu w kolejce, która mierzyła chyba z 40 metrów – bez żartów!- i oczywiście zakupieniu przepyszności,  poszliśmy przejść się naszym fajnym miastem. Zahaczyliśmy o plac zabaw „Experimenta” i postanowiliśmy tam wejść – bo planowaliśmy już to dano temu zrobić. No i mieliśmy przecudną zabawę. A zdołąliśmy tylko niecałe dwa piętra przejść (z 5ciu). A co to jest – dla niewtajemniczonych: jest to coś w rodzaju interaktywnej wystawy. Tematem, który do początku września będzie jest elektryczność. Były tam mnóstwo rzeczy (na wet nie wiem co mam opisdać).Np. można tam sprawdzić, jak długo dane urządzenie domowe może pracować na 200 watach. Fajnie. Jak się okazało telewizor może 3 razy dłużej chodzić pobierając tyle energi co laptop! ;) Mnóstwo interaktyanych przykładłow tego jak działają urządzenia, jak powstaje energia, jak pracuje słońce … Po prostu nie ma co opisywać, najlepiej samemu zobaczyć więc zapraszam wszystkich do odwiedzenia Heilbronnu i naszej „Experimenta”:) Po powrocie z naszego małego obejścia miasta byłam zmęczona i zaczęłam się źle czuć. Rozpaliło mnie. Wypieki mi wyskoczyły na polikach jak głupie. No i szczęka zaczęła boleć. Nie wiem o co chodzi, ale dziś nie poszłam do pracy – bo się nie nadaje na razie. Jak będzie jutro? Tego nikt nie wie.

No i po sprawie. Już nie mam zębów mądrośći. Ale zamiast spodziewanych dwóch, trzy mi usunęli. Ja po prostu źle słuchałam mojego dentystę. No ale może to i lepiej, bo mniej się tym przejmowałam ;) A powiem szczerze – nie było tak tragicznie. Miałam tylko znieczulenie miejscowe, bez narkozy (czy też pół-narkozy jak to mówiła pielęgniarka). Do wieczora byłam spuchnięta, ale było ok. Noc przespana, tylko z dwa razy się zbudziłam, ale na króko. Więc nie taki diabeł straszny jak go malują. Troszkę mam spuchnięte, ale jest to niewiele (a niektórzy mówili, że będę mieć głowę jak banię). Cóż, każy przypadek jest inny. Zobaczymy jak się dalej potoczy sytuacja.
A co do wczorajszego spotkania w Bildungspark to poszło całkiem ok. Nawet zrozumiałam wszystko co do mnie ta kobietka mówiła :) Zrobiłam bardzo prosty test i nawet nieźle poszło. Ale trudniejszego już mi babka nie dała, bo wiedziała, że ja nie mam za sobą żadnego kursu i egzaminu (oprócz tego miesiąca na początku roku). Kurs powinien rozpocząć się 1.09, ale musi się zapisać conajmnije 14 osób, więc istnieje prawdopodobieństwo, że wystartuje z opóźnieniem. Czas pokaże.

Wczorajszy weczór zaczął się od lampki wina. Toast wzniesiony był za autko kupione przez rodziców Luekigo. Jeszcze go nie mają, jeszcze nie ma umowy podpisanej, ale auto już zaklepane i w przyszłym tygodniu do odebrania. No i już opite ;) Jest to 2 letnia Toyota Verso (7-osobowa). Nawet mi się to autko podoba. Ale to nie było najważniejsze. Potem poszliśmy na Volksfest. Pierwsze podejście zakończyło się niewypałem bo zaczęło padać, ale po pół godzinie było lepiej, więc o 22:30 poszliśmy i dotarliśmy. Przejechaliśmy się najpierw na wielkim kole, żeby podziwiać nocną panoramę Heilbronnu (nawet całkiem fajna). A potem mój kochany mężczyzna wyciągnął mnie na zwariowaną karuzelę na której myślałam, że orbita ziemska jest tuż tuż, a przeciążenie maksymalne, jakie mogłam przeżyć. Szczerze to jeszcze do teraz mi trochę nie dobrze, na wspomnienie tych odczuć. ALE BYŁO ZAJE..FAJNIE!!!! :) Polecam każdemu.
Dziś za to czeka mnie spotkanie w Bildungspark (gdzie od 1.09. zaczynam kurs niemieckiego) i usunięcie dwóch ósemek … Trzymajcie kciuk…

Ćwiczeniowo.

1 komentarz

Weekend minął na sportowo. A bynajmniej dwa wyjścia do MC Fitu uważam za takowe :) Uwielbiam się męczyć na cross trenerze, a potem jeszcze mięśnie ćwiczyć. Ogólnie uwielbiam sport. Brakuje mi męczarni na treningach z łukiem … Hmmm … Ale wracając do MC Fita… W naszej siłowni, która jest otwarta 24 godziny na dobę są naprawdę fajne sprzęty. Jest ona duża, przestronna i co najważniejsze nie za droga. Mam nadzieję, że będę mogła chodzić z 2-3 razy w tygodniu. Choć w czwartek (o zgrozo to tak niedługo) czeka mnie usunięcie 2 ósemek dolnych … Oj będzie bolało. Ale muszę to zrobić, pomimo, że są zdrowe, ale rozną krzywo (dokładnie to jedna mi w bok rośnie) i rozpychają mi resztę zębów. Zobaczymy czy zgłupieję po tym zabiegu ;) hihi

1 komentarz

Co tu napisać jak się tak długo nic nie pisało? … Może powspominam krótko:
16.07. Luki miał urodzinki. Nie miał za bardzo nastroju, żeby robić jakąkolwiek imprezę. Ale namówiłam go, że miło by było zrobić jednak coć, chociaż dla rodziki. Więc dał się przekonać do grilla na działce. Więc w piątek 15-tego upiekłam dwa ciasta, zamarynowałam mięso i przygotowałam co nieco. Impreza była „przyzwoita”. Na szczęście Łukasz pomimo swojego negatywnego nastawienia powiedział, że jest zadowolony z tej imprezy! Cieszyło mnie to, bo wiem, że nie przepada za swoimi urodzinami (nawiasem mówiąc nie umiem tego pojąc jak można nie lubieć „swojego” dnia?). Potem w tygodniu po urodzinach dwa dni przeleżałam w łóżku i nie chodziłam do pracy, bo mnie znów mój kręgosłup dopadł w swe szpony boleści. Ale nie było tragedni. W zeszły weekend zrobiliśmy sobie filmową ucztę. Trzy filmy piknęliśmy i leniuchowaliśmy cały weekend (pogoda barowa temu sprzyjała). Ogólnie to o pogodzie nic nie napiszę … bo szkoda w klawiaturę stukać … :) W niedziele do naszego filmowego klubu dołączyli znajomi nasi. W poniedziałek wieczorem po pracy skoczyliśmy na krótkie urodziny naszej znajomej. We wtorek po poracy Harry Potter 7.2 – czyli wkońcu Lord Voldemort ist kaputt ;) Dziś za to zakupy „rano” czyli przed 12tą częte, a skończone około 16tej. Wieczorem siłownia – bo chyba nie wspomniałam, że od 2-3 tygodni mam karnet na siłkę i czasem jak czas i moje zdrowie pozawalają (nie wspominając o ochocie :) to chodzimy. To tyle z tego co się wydarzyło. Mam nadzieję, że teraz częściej będę pisać.

Oj jak mi się nie chce … A z drugiej strony mi się chce … I co mam teraz zrobić? Uczenie się jest, hmmm, kształcące. I poszerzające horyzonty. A ja jestem rozdarta. Z jednej strony chce mi się codziennie uczyć godzinami, a z drugiej strony mam już przesyt. Myślę o tym by kilka dni nic z niemieckim nie robić, ale zaraz za tym pojawia się myśl: „stracisz kilka dni nauki!”… No i co tu terazrobić. BO z jednej strony mi się bardzo chcę … z drugiej mam DOŚĆ.
Żeby nie popaść w cykliczną naukę, zaciąnęłam wczoraj Łukasza na siłownie. On ma karnet już długo, ale z niego nie korzystał, a ja chciałam go mieć. I wczoraj poćwiczyliśmy trochę (ponad godiznę), i dziś też trochę się poruszaliśmy. Siłownia jest otwarta 24 h/dobę, więc możemy iść o której chcemy. To jest bardzo fajne. Ja po pracy jak wracałam, to jeszcze w domu ćwiczyłam, a teraz mogę naciąnąć Lukiego, żebyśmy się z 50-60 minut poruszali. Nie będzie to może trening taki, żeby mięśnie budować, ale żeby się poruszać. Dziś na przykład mieliśmy: 20 minut na crosstrainerze, 20 minut na rowerze i 10 na steperze. Powiem szczerze, że stepaer dał nam czadu jak mało co. Cieszę się, że tam chodzimy i oby tak zostało!
Więc zobaczymy jak będzie z tym niemieckim, czy dam sobie trochę luzu, czy nie. Ale na pewno chciałabym włączyć w nasze codzienne życie wizytę na siłowni.

Jestem jak jakiś pomyleniec … Dziś i wczoraj źle się czułam (dziś jest lepiej). Rano poszłam do pracy, ale popołudniu już nie. W ogóle miałam ciężką noc – tylko 3 godziny snu, a po przyjściu z pracy nie mogłam zasnąć. Więc ogólnie czułam się okropnie. Ale zamiast odpoczywać i nic nie robić, to ja co robię ? Się uczę. Mam kilka niemieckich piosenek, które mi się podobają, to sobie tekst wydrukowała, i słowa których nie rozumiem sobię tłumaczę. Nie jest nawet źle – myślałam, że więcej nie zrozumiem. Potem zabrałam się za 3 lekcję w Themen aktuell 2. Jakoś szybko idzie mi ten podręcznik. I jakoś rozumiem więcej. Cieszę się z tego. I to mnie chyba nakręca – umiem coś i coś rozumiem i chcę rozumieć jeszcze więcej. Więc co robię? Się uczę! Kurcze, chyba nawet na studiach nie miałam takeigo parcia na naukę :) Ależ ze mnie człek. No tak ale jak jest się w środowisku języka, który się chłonie i już ma się jakąś bazę słownictwa i gramatyki, to jakoś wszystko idzie łatwiej. Dziś napisałam do znajomej, że gdybym tak zaczęła się uczyć angielskiego (w obcym kraju- anglojęzycznym)  to w rok miałabym te umiejętności, które mam teraz. A angielskiego uczę się już od podstawówki! Jak chcecie się nauczyć języka obcego szybko – zapraszam za granicę. Tam się człek inaczej uczy :)

Ależ się działo w tej Polsce … :) Cudnie było zobaczyć rodzinę i niektórych znajomych! Oczywiście na pewne rzeczy zabrakło czasu, ale cóż zrobić jak to tylko krótkie 4 dni…
Wyjechaliśmy o 23:30 w środę. Podróż była męcząca, bo nie zasnęłam prawie wogóle. Ok 4 nad ranem byliśmy w Zawidowie u dziadków. Tam posililiśmy się rosołem i gołąbkami – kto z Was jadł o tej porze taki obiad? :D My niewiedzieliśmy czy to późna kolacja, wczesne śniadanie czy też może obiad, ale co najważniejsze to było bardzo smaczne. Potem przed 6 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Około 9 byliśmy w Bytomiu. Potem drzemeczka jakieś 3 godziny i wyjazd na działkę. Tam już czekała na nas rodzinka i znajoma (potem jeszcze 2 osoby dołączyły do tego grona). Było bardzo fajnie – pogrilowaliśy i posiedzieliśmy przy ognisku. Nocowaliśmy na działce. Rano ja i A. zebrayśmy czereśnie z drzewa, tato zrobił jajecznicę i potem pojechaliśmy do Bytomia. Mieliśmy mnóstwo spraw do zrobienia, załatwienia i kupienia. Dopiero po 17byliśy w domu. Wieczorem odebraliśmy partnerkę brata Lukasa (partnerke na ślub) z Katowic. Wspólnie wyskoczyliśmy na film „KacVegas2″. Film fajny, ale jak standardowo bywa jedynka była lepsza. W sobotę rano poszliśmy z Łukaszem do fryzjera. Siedziałam 2 godizny żeby  mi zrobiła babka fryzurę – ale podobała mi się. Tylko pod koniec wesela nic z niej nie zostało ;) Ślub był na 14 więc po 13 pojechaliśmy do kościoła taksą. Potem impreza – świetnie się bawiłam. A nowe buty – REWELACJA!!!!!!! Do 2 w nocy miałam je na nogach. Potem do 4:30 już na boso, ale to i tak rekord rekordów! Tyle godzin przetańczonych w tych butach! CUD! Naprwdę jestem zadowolona z tego zakupu. W niedziele spaliśmy do 12, potem pojechaliśmy na działkę. Zwariowany był dzień bo musieliśmy wiele osób wozić, odwozić i zawozić. Wieczorem na działcę widziałam mnóstwo świetlików – jak ja TĘSKNIE za tym co tam jest w Polsce … Wkońcu o 2 w nocy poszliśmy spać. W poniedziałek już o 10 byłam na nogach i zaczęłam ogarniać nasze mieszkanko, żeby jakoś wyglądało jak przyjedziamy następnym razem. Wyjechaliśmy z Bytomia po 14. Na autostradzie za zjazdem na Kąty Wrocławskie był wypadek i nie uwierzycie co się stało. Ludzie zaczęli zawracać na autosradzie i jechać środkiem!!!!!!!!!!!!!! Po prostu jakaś masakra. Tego jeszcze nie widziałam! Ale to tylko w Polsce jest możliwe. Spędziliśmy w korku godzinę, ale wkońcu ruszyliśmy dalej. Na miejscu byliśmy po północy… Cudny pobyt w Polsce! Dziękuje wszystkim, którzy się do tego przyczynili.


  • RSS